post image
Dominik Gajda Covid to nie grypa – mówią Barbara i Ireneusz Stajerowie

Pandemia wdarła się do naszego domu i tysięcy innych. Zaatakowała znienacka, podstępnie. Wszyscy przestrzegaliśmy zasad – zakładaliśmy maseczki, pilnowaliśmy dystansu, ograniczyliśmy życie towarzyskie do minimum i odkażaliśmy ręce. Żywiliśmy nadzieję, że nas to draństwo ominie. Wirus okazał się jednak „sprytniejszy”, choć nie żyje, wtargnął przez jakąś szczelinę, furtkę. Nie wiem kiedy... Może podczas dłuższej rozmowy z listonoszem albo, gdy przyszedł naładować komórkę znajomy bezdomny? 

Zachorowałem pierwszy w rodzinie. 22 października szykowałem się na otwarcie Galerii Wiślanka w Żorach. Około godziny 9 rozbolała mnie głowa, targało w mięśniach, miałem dreszcze. Termometr wskazał 37,6 stopni C. Przedzwoniłem do rzecznika prasowego Galerii, odwołując spotkanie. W czwartek i piątek próbowałem skontaktować się z lekarzem rodzinnym, ale bezskutecznie. Pracowałem zdalnie.

Covid początek

Sądziłem, że to przeziębienie, nie dopuszczałem innych powodów. „W weekend się wypocę, a w poniedziałek ruszę do roboty” - pomyślałem. Niedziela była koszmarna, więc sięgnąłem po paracetamol. Wiedziałem już, że nie obejdzie się bez zwolnienia lekarskiego. W poniedziałek udało mi się dodzwonić do lekarza, który wypisał receptę i dał L-4.


26 października żona wróciła z pracy nieswoja. Zmierzyła temperaturę, a tu 38,2 st. C. Następnego dnia pojechaliśmy do punktu poboru wymazów w szpitalu zrobić testy na koronawirusa. Wynik: żony dodatni, mój ujemny. Zdziwiłem się, skoro cały czas byliśmy razem. Mieliśmy identyczne albo bardzo podobne objawy. W moim przypadku najpewniej test zafałszowało to, że przed badaniem umyłem zęby, jadąc samochodem żułem gumę (uważajcie na takie detale!), a próbkę pobrano mi z powodów medycznych tylko z gardła. No i tak razem cierpieliśmy.

- Zaczęło się od pieczenia w gardle. Kiedy szłam z pracy na autobus, pojawiły się silne zawroty głowy. W domu położyłam się spać. Obudziłam się zlana potem – opowiada Barbara Stajer, małżonka reportera „Nowin”, która przebyła w rodzinie covid najciężej.

Chorowali też nasi synowie. Testy potwierdziły, że mają wirusa. Ale oni dali sobie z tym szybko radę. Gorączkowali, kasłali i kichali raptem kilka dni. W przypadku naszych synów covid nie różnił się niczym od zwykłego przeziębienia. Sprawdziły się informacje wirusologów, że chorobę najszybciej zwalczają ludzie młodzi, silni i zdrowi.

Jak boli skóra

Ze mną i Basią było inaczej.

Drugiego dnia nie czułam się jeszcze najgorzej. Kryzys nastąpił w trzeciej – czwartej dobie od wystąpienia pierwszych objawów. Pojawiły się silne bóle pleców i bardzo silny ból... skóry. Tak silny, że drażniła mnie nawet piżama. Doświadczałam ulgi tylko dzięki środkom przeciwbólowym. Dolegliwości neurologiczne były najgorsze – mówi Barbara. 

Około szóstej doby moja małżonka straciła smak. W zasadzie, to każdy pokarm wydawał się gorzko – słony, nawet, gdy jadła ciasteczko. Po dwóch, trzech kęsach zbierało się na wymioty. Trwało to z sześć dni. Masakra! Mnie dopadło to samo w podobnym czasie, ale ustąpiło po trzech dniach. Za to popołudniami rosła mi gorączka do nawet 38,6 st. C. Dalej bolała głowa i mięśnie. 

Zażywałem wówczas Polopirynę C albo paracetamol i zakopywałem się w pościel. Faszerowałem się witaminami oraz piłem bardzo dużo wody, elektrolitów i soków owocowych. Podstawą przy covidzie jest bowiem maksymalne nawadnianie wymęczonego ciała. Leczenie polega na redukowaniu przykrych objawów, poprzez zażywanie medykamentów napotnych i obniżających gorączkę. Pamiętajmy: nie wolno zbijać temperatury, gdy ta nie przekracza 38 st. C, by organizm sam zwalczał chorobę, podnosząc ciepłotę ciała. W cięższych przypadkach lekarze ordynują leki przeciwwirusowe.

Barbara była koszmarnie zmęczona. - Cokolwiek zrobiłam, musiałam długo odpoczywać. Ale w siódmej dobie poczułam się znacznie lepiej, nie miałam już gorączki, myślałam, że choroba mija. O dziwo w 10 dniu znowu pokazała się podwyższona temperatura rzędu 37,6 st. C, pojawiły się duszności i kaszel – zaznacza żona reportera. Lekarka przepisała dwa silne antybiotyki i sterydy. Kuracja powoli przynosiła efekt.        

Po ustąpieniu objawów małżonka przebywała w izolacji do 16 listopada. Mnie z kolei gorączka i różne inne covidowe przypadłości trzymały z dwa tygodnie. Później byłem jeszcze na kwarantannie, ale pracowałem zdalnie.

Spóźniony sanepid

Co ciekawe, rybnicki sanepid skontaktował się z małżonką dopiero w siódmej dobie choroby. Trzy dni wcześniej przypomniałem się inspekcji pod numerem infolinii 222 500 115, dedykowanej osobom zarażonym koronawirusem lub cierpiącym na covid. Miła, acz pełnym rezygnacji głosem pani oznajmiła, że mamy cierpliwie czekać na telefon.

W rejonie rybnickim jest tak dużo zakażeń, że nie nadążamy z terminowym obdzwanianiem pacjentów. Na pewno ktoś się z Państwem skontaktuje w poniedziałek, najpóźniej we wtorek. A jeśli nie, proszę zadzwonić samemu – usłyszałem.

Słowa te nie napawały optymizmem. Doświadczyliśmy na własnej skórze, jak potężne problemy ma inspekcja sanitarna. System nie działał...

W tej sytuacji bardzo przytomna okazała się decyzja nowego ministra zdrowia, Adama Niedzielskiego, by osoby z podejrzeniem koronawirusa wysyłali na testy i ordynowali stosowną terapię lekarze pierwszego kontaktu. A w razie zaostrzenia przebiegu choroby (poważne duszności) kierowali do szpitala. 

Tymczasem pan z sanepidu przeprowadził z żoną mocno spóźniony wywiad na temat samopoczucia, objawów oraz kontaktów z innymi ludźmi. Zupełnie bez sensu. Taki telefon należało wykonać najpóźniej na drugi dzień po dodatnim wyniku testu, a nie za tydzień... Wszyscy czekaliśmy na panią lub pana z inspekcji, jak kania dżdżu. 

Akcja pomoc

W zasadzie to do rzeczonego momentu moglibyśmy sobie swobodnie spacerować po mieście, zarażając przy okazji wiele osób. Ale oczywiście od razu zastosowaliśmy autoizolację. Siedzieliśmy w domu nie tylko z tego bardzo ważnego względu, ale po prostu czuliśmy się fatalnie. Dopiero po kontakcie ze strony sanepidu, zaczął nas odwiedzać dzielnicowy. Zajeżdżał radiowozem pod dom i bardzo grzecznie prosił żonę lub synów, by pokazali się przez okno. Trzeba przyznać, że robił to akuratnie i profesjonalnie. Wizyty policjanta stanowiły miły przerywnik w naszej marnej egzystencji w czterech ścianach.  

Bardzo pomocni okazali się bliscy i sąsiedzi, którzy nie pozwolili nam umrzeć z głodu. Dostarczali na schody zakupy i leki. Będziemy im za to dozgonnie wdzięczni. Poza tym nie nadążaliśmy z odpisywaniem na esemesy od życzliwych i zamartwiających się naszą sytuacją znajomych.   

Udało nam się uchronić przed covidem mieszkającego na parterze mojego 86-letniego ojca. Śmialiśmy się, że wirus nie dobiera się do każdego, tym bardziej twardego emerytowanego sztygara górniczego kopalni Borynia. Mówiąc poważnie, rygorystycznie przestrzegaliśmy wszystkich ograniczeń, by starszy mężczyzna nie złapał covida. Pandemia jednak trwa, więc trzeba uważać, by nie przenosić zarazków i częstować nimi innych ludzi.

Co robić

- Covid to nie grypa. Potrafi ciągnąć się wiele tygodni. Kiedy wydaje się nam, że jest już dobrze, atakuje z jeszcze większą siłą i z nowymi objawami. Czujesz się jak na huśtawce, myślisz sobie, co jeszcze może cię spotkać – stwierdza Barbara. Ozdrowieńcy mówią różne rzeczy.

Jedna jest wspólna – covid cechuje bardzo przykry przebieg. O ile przeziębienie czy grypę przeleżymy i wypocimy w kilka dni, zakażenie koronawirusem ma swoje cykle, które musisz przejść. To dziwne, ale często nie da się zbić gorączki żadnymi lekami. Co robić? Czekać pokornie aż minie, wspomagając się farmakologicznie i dobrze odżywiając. 

Choroby nie wolno zlekceważyć. Szpitale często przyjmują pacjentów z ciężkimi dusznościami dopiero około 10 doby po wystąpieniu pierwszych objawów. Niektórzy lądują pod respiratorami, a nawet umierają. Covid potrafi trzymać za gardło trzy – cztery tygodnie, w zależności od organizmu. Jeśli ma się szczęście, przechodzi się go ze skąpymi objawami lub bezobjawowo. 

Martwi krótki okres nabywania odporności, eksperci mówią o trzech – czterech miesiącach. Śmiejemy się, że będziemy mieli spokojne święta Bożego Narodzenia, a jeżeli chodzi o Wielkanoc, to już nie jest takie pewne. Ratunkiem wydaje się szczepionka. W pierwszej kolejności specyfik otrzymają osoby starsze i personel medyczny.  

Do tematu wrócimy w środowych "Nowinach". 

Komentarze

  • Ania.Zory Bez coviduMożna myśleć o tej chorobie roznie, ale brawo za tekst. Świetnie napisane jak to wszystko wygląda!

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.